Dziś rano ucieszył mnie widok intensywnie padającego śniegu. W połączeniu z silnym wiatrem daje to wielkie zaspy na „mojej” drodze, a że mieszkam na wsi, to sięgają one miejscami na wysokość oczu kierowcy. Wielka to dla mnie frajda, bo jakoś nie potrafię wyrosnąć z tego, na co większość narzeka. Niesamowita aura, niespotykane temperatury to to, czego mi tej zimy było potrzeba. Najśmieszniejsze jest to, że na wiejskich drogach nie dba się o „czystość” i jakoś nie spotykam się z krytyką innych mieszkańców w stosunku do drogowców, mających za zadanie odśnieżać drogi. Jest więc troszkę inaczej niż w miastach, w których to mieszkańcy przed kamerami nie mogą zebrać wszystkich słów, by zbesztać służby porządkowe.
Można by też powiedzieć, że w miastach zazwyczaj piesi narzekają na stan chodników, których nikt nie odśnieża. Co prawda nie dziwię się temu, bo od trzech tygodni zalega on na nich uniemożliwiając przejście. Na wsi mimo małego ruchu pieszych, to jednak mieszkańcy poczuwają się do obowiązku odśnieżenia chodników. Widać odśnieżone przejścia na długości całych wsi, a mieszkańcy kują nawet lód, by można było bezpiecznie przejść. W takim przypadku mieszkańcy blokowisk czy kamienic powinni złapać się za łopatę i po kilka metrów mogliby spokojnie odśnieżyć przejścia wokół własnego bloku. Niestety, liczy się tylko na służby porządkowe, z których urzędy miast dawno już zrezygnowały, pakując „wykształciuchów” za biurko. Nawet wokół urzędów nie chce im się zejść z ciepłych krzesełek, by zamiast dusić się po kilku w jednym pomieszczeniu, wyprostować nieco kości i dać przykład mieszkańcom…












