Tag -> dramat
Listopad
2011
Kilka dni temu obejrzałem na kanale TVP Kultura dokumentalny film polskiej produkcji zatytułowany „Egzorcyzmy Anneliese Michel”. Przedstawiona została w niej historia zwykłej dziewczyny, która w połowie lat 70-tych ubiegłego wieku, uznana została za opętaną, a po śmierci świętą. Historia miała miejsce w Niemczech, w małym miasteczku Leiblfing.
Anneliese była normalną, niczym nie wyróżniającą się dziewczyną. Mieszkała wraz z rodzicami w małym miasteczku, miała chłopaka, studiowała. W 1968 roku dziewczyna dostała pierwszych napadów – jak stwierdzili lekarze padaczki. Dostawała silne leki epileptyczne przez 6 lat, które nie dawały pożądanych rezultatów. W międzyczasie dziewczyna miała omamy, widziała diabelskie twarze i słyszała głosy, które mówiły jej że została opętana. Jako, że dziewczyna wywodziła się z rodziny religijnej, postanowiono poszukać pomocy u egzorcysty.
Jak relacjonuje matka dziewczyny. – Jej ciało odbijało się od ściany do ściany, od podłogi do sufitu. Piła mocz, kopała kubek pełen wody, z którego nie wylewała się woda, wybijała głową szyby, gryzła ściany, aż pękały jej zęby. Bluźniła na księży, mówiła demonicznym głosem, a zdarzało się nawet, że szczekała jak pies przez przez dwie doby nieustannie.
Matka dodała również, że pewnego pięknego niedzielnego popołudnia pojechała wraz ze swoich chłopakiem na wycieczkę. Wyszli z samochodu i szli wśród drzew. Tam ujrzała Matkę Świętą, która zapytała ją, czy wytrzyma próbę i przyjmie na siebie pokutę za grzechy wszystkich ludzi? Dodała również, że zanim odpowie, może przemyśleć swoją decyzję i ma na to trzy dni. Po tym spotkaniu nagle dostała siły, mogła swobodnie chodzić i przez trzy dni nie miała żadnego ataku. Po trzech dniach podjęła decyzję, że przyjmie pokutę.
Od tego momentu z Annelise zaczęło dziać się coraz gorzej. Egzorcyzmy, które zostały przeprowadzone, by wyrzucić z niej demoniczne moce choć z pozoru się udały, nie dały rezultatu. Jak pokazano na filmie – demony nie mogły jej opuścić mimo tego, że chciały. Annelise została naznaczona i podobnie jak Jezus Chrystus umarła w cierpieniach, za ludzkie grzechy.
Po śmierci dziewczyny, w Niemczech przeprowadzono proces. Sąd przychylił się do argumentacji prokuratury, która twierdziła, że Anneliese była chora psychicznie, lecz zamiast ją leczyć, poddano ją egzorcyzmom. Te wycieńczyły organizm i w efekcie stały się przyczyną zgonu 24-letniej Niemki. Dwaj księża oraz rodzice Annelise uznani zostali za winnych zaniedbania i skazani zostali na pół roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata.
Historia ta stała się również inspiracją twórców filmu „Egzorcyzmy Emily Rose”, który szczególnie polecam. Film nie dość, że jest straszny, to w dodatku porusza serce i umysł. Daje wiele do myślenie nad swoim życiem i pewnie nawet ateistów wyciąga do kościoła.
Zastanawiam się, czy w taką historię można wierzyć. Choć opowiada ją sam ksiądz, to jednak z „Watykańskiego” punktu widzenia opętanie nie istnieje, lecz choroba psychiczna. To troszkę dziwne, że choć oficjalnie nie mówi się przez kościół o opętaniu, to jednak szkoli się księży egzorcystów. Niejasne jest również to, że takie historie sporadycznie wyciekają z archiwów Watykanu, który całkowicie się od nich odcina. Nie wiem, czy to czasami nie jest celowe działanie. W końcu, gdyby kościół „chwalił” się takimi historiami, stały by się one zbyt powszechne i pewnie uznano by je za straszenie ludzi, by przyciągnąć ich do kościoła.
Tak czy siak, polecam Wam z całego serca film „Egzrocyzmy Anneliese Michel”. Zawarto w nich wiele ciekawych historii z życia napiętnowanej dziewczyny, jak i całej rodziny. Przedstawiono drastyczne nagrania audio, które zaszokują nawet największego twardziela. Pokazano zdjęcia młodej, zadbanej i pięknej dziewczyny, która zaczęła się zmieniać nie do poznania. Ujawniono kilka zdjęć z końcowego etapu życia oraz z dnia śmierci, które z powodu szoku zapamiętam do końca życia.
Film wraz z przedmową, możecie obejrzeć na chomikuj.pl
Listopad
2011
W ten wyjątkowo długi weekend, który trwał od soboty do wtorku włącznie, zatrzymano 2128 kierujących pod wpływem alkoholu, spowodowano 464 wypadki i naliczono 51 ofiar śmiertelnych. Ktoś powie, że to dużo. A ja uważam, że jest to wyjątkowo niewiele jak na polskie warunki drogowe oraz ilość kierowców, którzy w tym czasie masowo odwiedzali cmentarze. Tak dla przykładu podam tylko, że każdego innego dnia zeszłego tygodnia na naszych drogach zginęła porównywalna ilość ludzi, złapano mniej więcej tyle samo pijanych kierowców, a statystyki śmiertelne nie odróżniają się niczym od statystycznego dnia długiego weekendu.
Widać więc, że akcja znicz przyniosła należyty skutek. Tylko gdzie Ci policjanci byli? Przez cały ten weekend zjeździłem „kilka” kilometrów i nie spotkałem ani jednego radiowozu. Jak to się więc stało, że przy tak natężonym ruchu mieliśmy tak niewiele wypadków? Akcja znicz, czyli medialna nagonka wystraszyła zapewne ludzi przed szybką jazdą i w ten sposób chronili sie przed ewentualnym patrolem policji. Z drugiej zaś strony ciagłe apele o bezpieczną jazdę przynoszą skutek, bo na drogach eweidentnie widać, że kierowcy dali sobie luz z szybką jazdą i wciskaniem się na trzeciego.
Śmiem również twierdzić, że zdecydowana większość kierowców nie potrzebuje apeli, akcji znicz, ani innych uświadamiających ich akcji bezpiecznej jazdy, by zachować nalezyte warunki bezpieczeństwa. Wystarczy tylko rozumieć, że nie wieziemy w swoim samochodzie gnoju, który można rozsypać po drodzę, lecz naszą najbliższą rodzinę. Dotarcie do celu 20 minut później, to i tak lepsze, niż dotarcie na cmentarz o dwadzieścia lat za wcześnie.
Reszta kierowców, która złapana jest pod wpływem alkoholu, wpada między innymi dlatego, że doprowadza do niegroźnych stłuczek. Wtedy to poddani badaniu zostają zatrzymani. Zdecydowana większość jeździ pijana, bo ostatnią kontrolę lub patrol policji widzieli kilka lat temu. Teraz woli się inwestować w fotoradary, przy których stoją policjanci lub strażnicy miejscy. To dziwne, bo w taki sposób trzeźwości zbadać się nie da i nie przeprowadzi się kontroli stanu technicznego pojazdu.
Co by nie mówić o statystykach długiego weekendu, to trzeba sobie powiedzieć i przyznać szczerze, że wypadków, ofiar i pijanych mieliśmy niewiele więcej od statystycznego dnia. Skutek więc jest taki, że nie dłuższe weekendy są straszne, tylko straszna jest prawda o polskich kierowcach.
Kategoria:
Blog / Komentarze: (
0)
Wrzesień
2011
Walka o ten mecz rozpoczęła się tydzień przed spotkaniem. Straż nie chciała wydać zgody na rozegranie meczu, ponieważ dopatrzyła się wielu uchybień m.in., źle oznakowanych wyjść ewakuacyjnych oraz źle działających czujników dymu. Chwilę później po interwencji prezydenta miasta Gdańska Pawła Adamowicza, straż wydała warunkowe pozwolenie na rozegranie towarzyskiego meczu twierdząc, że usterki zostały usunięte, ale trzeba jeszcze poprawić dokumentację, którą katastrofalnie przygotowana została ze strony PZPN. Na szczęście spotkanie się odbyło tam gdzie pierwotnie zaplanowano, czyli na PGE Arena w Gdańsku.
Po 72., latach i sześciu dniach od ataku Niemców na Polskę pod dowództwem Adolfa Hitlera, Niemcy po raz kolejny zbombardowali Polskę, zaczynając w tym samym miejscu – Gdańsku. Tym razem wszystko odbyło się według gry fair play. Oczywiście wojna w rezultacie poszła po naszej myśli z pomocą krajów z Europy zachodniej. W meczu jeśli chodzi o wynik było troszkę gorzej, ale z małą pomocą obcokrajowców (Perquis) nie było tak źle.
Jak to ostatnio bywa, na początku meczu czołowy pijus PZPN pan Kręcina wręczał nagrody piłkarzom, co wywołało burzę gwizdów ze strony kibiców. Co dziwne, dziś trybuny mimo renomowanego przeciwnika nie były wypełnione po brzegi. Widać było sporo wolnych krzesełek. Stadion w Gdańsku to ten z kategorii – pierwsza klasa. Szkoda tylko, że za bramkami widok kibicom na stadionie, jak i przed telewizorami psują piłkochwyty. Gdy padają pytania, po co one znajdują się na stadionie, powołuje się wtedy na międzynarodowe zasady, które jakoś nie obowiązują w krajach zachodnich. Nie wyobrażam sobie np., stadionu Manchesteru United lub innego klubu ligi angielskiej z siatkami za bramką.
Pierwsze 5 minut niemal nie dotknęliśmy piłki, a do tego w szóstej minucie Perquis zapłacił frycowe – podał do piłkarza niemieckiego w polu karnym. Na szczęście sytuacja nie została wykorzystana. Pierwsza groźna sytuacja z naszej strony miała miejsce w 10 minucie. Sławek Peszko sam na sam z bramkarzem nie strzelił upragnionego gola. Poprzedniego gola w meczach pomiędzy Polską a Niemcami strzelił 31 lat temu Boniek. To musiało być wielkie wydarzenie, ale nie widziałem go, ponieważ jeszcze wtedy nie było mnie na świecie. Liczyłem więc na to, że historyczne wydarzenie będzie mieć miejsce również dziś.
Sławek Peszko miał dziś wyjątkowego pecha. Nie strzelił trzy razy w sytuacji sam na sam. Mieliśmy również wyjątkowe szczęście, że w bramce mieliśmy Szczęsnego. Ten kilkakrotnie wybijał piłkę w sytuacjach wydawać by się mogło beznadziejnych. Pierwszą połowę więc mogliśmy wysoko przegrać, jak i wygrać. W rezultacie był wynik 0:0, a w statystyce posiadania piłki 36% do 64% na naszą niekorzyść.
Druga połowa meczu była już o wiele ciekawsza. Mniejsza bojaźliwość, kontrataki w większej ilości i pierwszy gol po 31 latach, którego strzelił Robert Lewandowski. Niestety po faulu w polu karnym Głowackiego, goście dostali rzut karny. Wykorzystali. W 78., minucie po kolejnym faulu Głowackiego, sędzia pokazał mu drugą żółtą kartkę, a w efekcie czerwoną. Mimo to, kilka minut później strzeliliśmy gola, również z rzutu karnego, a dokładniej zrobił to Błaszczykowski. Gdy już trybuny oszalały z radości i wszyscy liczyli na historyczne pierwsze zwycięstwo Polaków nad Niemcami….
W ostatnich sekundach meczu, po błędzie a raczej poślizgnięciu się obrońcy naszej reprezentacji Wawrzyniaka, Niemcy wykorzystali swoją sytuację i strzelili gola na 2:2. Uciszyli tym samym kibiców na stadionie, a mnie wkurwili doszczętnie. Choć przed meczem wynik 2:2 wziąłbym w ciemno, to jednak po spotkaniu czułem niedosyt. Do dwunastu porażek z Niemcami, dołożyliśmy piąty remis, a mogliśmy przecież pierwsze historyczne zwycięstwo, którego byłbym świadkiem i prawdopodobnie przez kolejne pokolenia mógłbym się tym szczycić. Cóż, pozostaje nam wszystkim szczycić się strzeleniem Niemcom dwóch bramek w ciągu 90 minut, a nie po kolejnych 31, czy 62 latach.
Tak czy siak wynik uważam za wielki sukces. Nasi piłkarze brakiem umiejętności technicznych i walki sam na sam nie są w stanie zagrozić „renomowanym firmom”. Z przebiegu meczu można powiedzieć, że porażka Niemców byłaby niesprawiedliwa, bo grali ładniej, dłużej utrzymywali się przy piłce, lecz nie kąsali tak jak w meczach o stawkę. Może ten mecz będzie jakimś przełomem w mentalności naszych piłkarzy…?
Kategoria:
Sport / Komentarze: (
0)
Lipiec
2011
Wczoraj t.j., 22 lipca, lekko po godzinie 15, w stolicy Norwegii Oslo, wybuchła bomba, która prawdopodobnie była podłożona w samochodzie. Trzy godziny później, prawdopodobnie ten sam sprawca, przemieścił się 30 km na północny zachód i przedostał się na wyspę, na której przebrany za policjanta strzelał do młodych ludzi. Bilans wszystkich do tej pory podanych ofiar jest 92. Kilku ludzi uważa się za zaginionych. Mówi się również, że ponad 30 osób znajdujących się w szpitalu jest w stanie krytycznym.
Od razu po pierwszym zamachu w stolicy Norwegii, winnych uznano terrorystów z Bliskiego Wschodu, którzy przyznali się do winy. Niedługo potem ustalono jednak, że winnym jest prawdopodobnie Norweg Anders Behring Breivik, a przyznające się do winy ugrupowanie terrorystyczne, chciało ugrać wycofanie wojsk norweskich z Afganistanu. Zdziwiło mnie w tym wszystkim najbardziej to, że domniemany sprawca, 32-letni Norweg został od razu ujawniony z imienia i nazwiska. Ba, ujawniono nawet jego wygląd, a zdjęcia obiegły cały świat. Nie potępiam tego do końca, ale domniemany sprawca nadal powinien być uznawany za niewinnego, dopóki mu się tego nie udowodni.
Sprawca jednak pasuje do obu tych zamachów jak ulał. Miał poglądy skrajnie prawicowe, czyli inne niż premier Norwegii Jens Stoltenberg, na którego postanowił zapolować. Gdy ta sztuka mu się nie udała, postanowił zapolować do młodzież z ugrupowania premiera, która zbierała się na małej wyspie Utoya. Wydaje się więc, że motywy obu zbrodni są identyczne, więc powiązanie ich z jednym zamachowcem lub grupą jest oczywiste.
Sprawcy postawiono zarzut podwójnego ataku terrorystycznego i grozi mu za to kara maksymalna – 21 lat więzienia. To mało, ale biorąc pod uwagę, że Norwegia uznawana była na najbezpieczniejszy kraj w Europie, brak wyższych kar wydawał się mieć sens. W takiej sytuacji zastanawiam się, czy nie powinno się tego faktu zmienić i to ze skutkiem natychmiastowym. Nie wyobrażam sobie, żeby ten człowiek, w wieku 53 lat wyszedł na wolność i normalnie żył w Norwegii. Jeśli nie zdążyłby zrobić po raz kolejny czegoś głupiego, to pewnie rodacy wydaliby na niego swój wyrok – lincz…
Widać, że polityka źle wpływa na otoczenie, nie tylko w Norwegii. W zeszłym roku w Łodzi szaleniec zabił posła PiS i zawrzała debata, co muszą decydenci zmienić, aby coś podobnego nie miało już więcej miejsca. Widać, że ludzie dążący do władzy dostają kubłem wody po głowie zaraz po tragedii, by później znów drążyć temat walki i nienawiści. Nie dziwię się więc, że zwykli szarzy obywatele dostają na głowę od bełkotu polityków. Nie zdziwi mnie również to, że w niespełna 40-milionowym kraju znajdzie się człowiek, który zainspirowany tragedią w Skandynawii, zrobi podobną jatkę w Polsce…
Kwiecień
2011
Kilka dni temu szukałem z ojcem mechanika, który naprawiłby jego samochód , a w międzyczasie szukałem nowych letnich opon do swojego samochodu. Jako, że mój tata znał się z jednym z wulkanizatorów, postanowiliśmy zapytać o cenę….
Po dłuższej rozmowie mężczyzna opowiedział nam dziwny przypadek śmierci swojego szwagra, który od lat chorował na wirusowe zapalenie wątroby typu C. Dostał się na eksperymentalne leczenie lekiem o nazwie interferon i liczył na to, że jego wyniki się poprawią. Po kilkunastu miesiącach okazało się, że jego wyniki są niemal takie, jak u zdrowego człowieka. Choć niemożna się z tej choroby wyleczyć w stu procentach to jednak dawało to rokowanie na dłuższe życie. Dwa dni przed śmiercią, zadzwonił do swojego szwagra (wulkanizatora) i chwalił się dobrymi wynikami i świetnym samopoczuciem. Pechowego dnia jego żona usłyszała uderzenie w podłogę, pobiegła więc do kuchni i zobaczyła duszącego się męża. Zadzwoniła po lekarza, który przyjeżdżając na miejsce stwierdził zgon.
Powodem śmierci było zadławienie się baleronem, który zakupił sobie by po latach wreszcie zjeść kawał ulubionego mięsa. Miała to być swojego rodzaju uczta na rzecz dobrych wyników, lepszego zdrowia i świetnego samopoczucia….
Kategoria:
Blog / Komentarze: (
0)