Jesse odziedziczył po przodkach stary, tajemniczy dom; dom, który w zamierzchłej przeszłości stanowił świątynię dziwnego kultu. Młody człowiek jest osobą nader dociekliwą i ciekawską, toteż postanawia wyjaśnić korzenie rodzinnej legendy. Opowiada ona o kryształowej „trupiej główce” posiadającej magiczne właściwości. Została ona złożona w grobie wraz z pradziadkiem Jesse’go, notorycznym przestępcą. Aby odszukać figurkę, Jesse i jego dziewczyna odkopują pradziadka. I wtedy spotyka ich niespodzianka…! Okazuje się, że mimo upływu blisko dwustu lat staruszek wciąż żyje. Czaszka daje bowiem swojemu właścicielowi nieśmiertelność. Pradziadek jest żądny nowych przygód, pełen wigoru i ciekawości do otaczającego go współczesnego świata. Tymczasem magiczna czaszka zaczyna emitować tajemnicze fluidy, które przyciągają do domu dziwne istoty, rodem nie z tego świata. Jesse więc zmuszony jest stawić czoła temu co nie znane, temu co jest nieprzewidywalne i może być groźne.
W powyższym opisie pochodzącym prosto od producenta można wyczytać informacje o „trupiej główce”, a w filmie nazwana została ona po prostu „trupią czaszką”. Mało tego. Na okładce w opisie podano również, że Jesse wraz ze swoją dziewczyną odkopał pradziadka, a w rzeczywistości zrobił to ze swoim kolegą. Na koniec czepiając się treści, pradziadek nie miał blisko 200 lat, tylko 170 – hehe. Nie chciałbym Was od tego filmu odciągać, ale jest on tak słaby jak jego producencki opis.
Film ten zaszufladkowany został do kategorii horror oraz komedia. Paradoksalnie można go śmiało zaszufladkować jako kategorii parodia. Największy ubaw miałem w momencie gdy dwaj koledzy odkopali pradziadka. Ten złapał za szyję swojego prawnuka i dusił. Gdy dowiedział się, że to jego prawnuk puścił go i się rozpłakał. Poszli sobie do domu, wypili piwko i jeździli samochodem. Następnie 170-letni pan zabawiał się na halloweenowej imprezie. Po prostu kosmos na całego.
Fajna też była postać psa, który wyglądał jak stonoga tzn., był długi i zielony, miał zmutowany pyszczek, psie uszy i szczekał. Znalazło się też miejsce dla człowieka z czasów kamienia łupanego, pterodaktyla i jeźdźca – kiedyś kolegę pradziadka. Pierwsza część też nie była jakaś wyjątkowa, ale o niebo lepsza od drugiej. W sumie to wszystkie sequele jakie znam były gorsze od poprzedniczki. Wyjątkiem według mnie może być tylko film „Krzyk 2″, który może nie był lepszy od części pierwszej, ale również był zrobiony z jajem. Oczywiście sequele przegrywają ze swoimi poprzedniczkami przede wszystkim pomysłem. Zawarte w nich jest to, co było już wcześniej i nie zaskakuje widza.
Mam ten film w swojej kolekcji, ponieważ zakupiłem część pierwszą, która kiedyś zrobiła na mnie duże wrażenie. Skoro więc bawię się w kolekcjonowanie uznałem, że powinienem stać się też posiadaczem drugiej części, a co za tym idzie w przyszłości trzeciej i czwartej. Wiele na tym nie straciłem, bo mam go na kasecie VHS, za którą na Allegro w pakiecie z pierwszą częścią zakupiłem za 4 zł + koszt przesyłki (6zł). jednak szukającym wrażeń ludziom skutecznie odradzam wypożyczenia go sobie czy kupowania tak dla jaj.
Podczas meczu bejsbolowego, rozgrywanego w niewielkiej miejscowości na zachodzie USA, na boisko wbiega uzbrojony w naładowaną strzelbę intruz. Celuje prosto w szeryfa Davida Duttona. Ten nie ma wyboru – zabija napastnika. W innej części miasteczka mężczyzna podpala swój dom, w którym wcześniej zamyka na klucz swoją żonę. Stopniowo mieszkańcy zaczynają poddawać się wszechogarniającej żądzy przemocy, co w krótkim czasie prowadzi do krwawej anarchii. Armia podejmuje próbę powstrzymania epidemii, zamykając wszelkie drogi ucieczki z miasta. Dla garstki zdrowych mieszkańców oznacza to, że muszą sami stawić czoła hordzie morderców.
Do zakupu „zmusił” mnie opis. Akcja rozgrywająca się w małym miasteczku, to jest to co uwielbiam. Jest w tym jakiś klimat i magia. W dodatku szaleństwo panujące w nim kojarzy się troszkę z zombie z filmów Romero lub szałem jaki ukazany został w filmie „28 dni później”. Zgadza się, coś w tym było, jednak był pewien szczegół, którego mi brakowało – rozwinięcie. Akcja zaczęła się szybko i już po 10 minutach wiadomo było co się wydarzyło i dlaczego tak się dzieje. Po 15 minutach główni bohaterowie uciekali przed szaleńcami aż do końca filmu, czyli prawie 75 minut. Na początku nie było jeszcze tragedii, ale przedłużająca się akcja filmu zaczęła mnie nużyć. Obejrzałem go do końca tylko dlatego, że chciałem coś tu napisać.
W filmie nie ma niczego nowego. Źródło zarazy. Zarażeni ludzie. Szaleństwo. Wojsko. Na koniec – pozwólcie, że nie napiszę, bo spalę Wam film, jeśli będziecie chcieć go obejrzeć. Film został nominowany do nagrody amerykańskie publiczności People’s Choice w kategorii ulubiony horror. Oczywiście nie wygrał, a ja w ogóle zdziwiony jestem nominacją. Nagrodę zgarnął film „Koszmar z ulicy Wiążów”.
Do tłumaczy można mieć jedno zastrzeżenie. Dlaczego oryginalny tytuł filmu „The Crazies” przetłumaczono „Opętani”? Szczególnie to gryzie, gdy czyta się na opakowaniu wydrukowany grubymi literami wstęp:
Najnowszy film grozy twórców „Mechanika”, „Amityville” i „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Współczesna wersja klasycznego horroru mistrza gatunku George’a A. Romero „Szaleńcy” („The Crazies”).
Piątce przyjaciół mieszkających na jednej ulicy śni się ten sam, złowieszczy mężczyzna z oszpeconą twarzą, przerażającym głosem i ogrodowymi rękawicami z nożami zamiast palców. Każdego z nich terroryzuje w snach – tam, gdzie tylko on wyznacza zasady – a jedynym sposobem ucieczki, jest wyrwanie się z objęć snu. Kiedy jeden z nastolatków umiera, pozostali przekonują się, że to, co dzieje się w ich snach, dzieje się naprawdę, a jedynym sposobem na przeżycie jest nigdy nie zasypiać. Oto nadszedł czas zapłaty za dług pogrzebany w przeszłości. Aby ocalić życie będą musieli zanurzyć się w umyśle najbardziej przerażającego koszmaru ze wszystkich: Freddy’ego Kruegera.
Za każdym razem, gdy widziałem oryginalną część filmu, kryłem się pod kołdrą, a gdy miałem zasypiać bałem się, że Krueger mnie dorwie. Tak było w czasach mojego dzieciństwa. Może to właśnie dlatego ten film mocno utkwił mi w pamięci. Oglądając ogrom filmów, widziałem w nim nawiązanie do „Silent Hill”, w scenie w której śnieg pada w pokoju. Jakby fragment filmu „Egzorcysta” widać było w scenie, w której jedna z bohaterek unosi się nad łóżkiem, a później obija o ściany. Film nosi więc sceny nie tylko z oryginalnej wersji filmu, ale również z kultowych horrorów.
Z jednej strony cieszyłem się z remaku tego obrazu, bo dzisiejsza młodzież może nie dotarła do starej wersji filmu i nigdy by tego nie zrobiła, gdyby nie Samuel Bayer. Z drugiej zaś strony wiem, że remaki jakiegokolwiek filmu z lat 70-tych i 80-tych są robione na „odwal się”. Troszkę zgadza się to w przypadku filmu „Koszmar z ulicy wiązów”, ale nie do końca. Przede wszystkim należy skarcić producentów za wizualną stronę Freddyego Kruegera. W porównaniu z oryginalną wersją tej postaci, jest on mniej straszny i ten kto oglądał film z lat 80-tych z pewnością czuje niedosyt. Niektóre efekty specjalne były słabej jakości. To oczywiste, że użyto do tego celu komputera, tylko że widać było, że został on do tego użyty.
Film w 2010 roku został nominowany do kategorii „Teen Choice” w kategorii „lubiony horror / thriller”, „ulubiona aktorka horroru / thrillera” (Katie Cassidy), „ulubiony aktor horroru / thrillera” (Jackie Earle Haley). Żadnej z nich nie zdobył. Podkreślę, że w kategorii „ulubiony horror / thriller” wygrał film „Paranormal Activity”. Nagrodę dla filmu „Koszmar z ulicy wiązów” udało się zdobyć w People’s Choice w 2011 roku w kategorii „ulubiony horror”.
Film nie jest zły. Wart jest polecenia, ale nie mrozi krwi w żyłach jak jego stara wersja. Mimo wielu lat oglądania filmów grozy, nie odważyłbym się obejrzeć starej wersji samemu w domu, gdzieś na odludziu. Ten film obejrzałem w takich warunkach i jakoś dało się przeżyć. Jednak fajnie, że powstała nowa wersja, bo pewnie wielu zachęci do poszukania starych wersji, a dokładniej wszystkich siedmiu części. Są one dostępne w jednej paczce jak i z osobna, z lektorem i za niewielkie pieniądze.
Aaron Quicksilver to wędrujący po kraju showman, zabawiający napotkanych ludzi strasznymi opowieściami. Przypadkiem natrafia na siedzącą samotnie w zepsutym samochodzie Olivię. Kobieta podróżowała wraz ze swoim świeżo poślubionym małżonkiem. Gdy ich wysłużone auto odmówiło posłuszeństwa, Kerry próbował rozładować napięcie, bawiąc żonę makabrycznymi opowiastkami, aż wreszcie wyruszył samotnie, by sprowadzić pomoc drogową. Tymczasem Aaron zaproponował Olivii wspólne zjedzenie kolacji. I zaczął swoją mroczną opowieść…
Film powstał w oparciu o opowiadanie Stephena Kinga „Chattering Teeth” – o dwóch mężczyznach, którzy zabierają ze sobą tajemniczego autostopowicza, oraz na motywach powieści Clive’a Barkera pt. „The Body Politic”, w której opisał on tzw. syndrom obcej ręki, który polega na tym, że własne ręce walczą przeciwko reszcie ciała.
Film ten nie ma żadnych szans, aby przejść do klasyki kina. Zapewne będzie zapomnianym badziewiem Hollywoodzkiego kina, który szybko pójdzie w niepamięć. Główną rolę w filmie zagrał Christopher Lloyd, to ten facet który grał doktora w filmie „Powrót do Przyszłości”. Facet w tamtej produkcji zagrał po mistrzowsku, ale trudno powiedzieć, aby w tym filmie zrobił to choć w połowie tak dobrze. W ogóle film jest chyba dla dzieciaków, które lubią nudne historie nie mające morału. Po za tym efekty specjalne nie wyszły zbytnio twórcom filmu, co też miało wpływ na jego jakość.
Dwie nudne jak flaki z olejem opowieści, które nie są w stanie kogokolwiek przestraszyć. Jestem wyjątkowym straszkiem, ale ten film nie przerażał ani akcją, ani klimatem. Muzyka raczej z filmu fantastycznego bądź komedii narzucona była przez większą część filmu. Co prawda niektóre melodie były naprawdę ładne, ale nie pasowały do horroru. Muzyka z tego filmu została nominowana do nagrody Emmy w kategorii – Najlepsza muzyka w miniserialu lub filmie telewizyjnym. Główną nagrodę zdobyła jednak muzyka z filmu „Młody Indiana Jones: Podróże z ojcem”.
Do zakupu tej produkcji przyciągnęła mnie ładna okładka, dobra cena i opis, który nie pozwalał mi ominąć tej pozycji. Film w mojej kolekcji należy raczej do grona tych tandetnych, obejrzanych i rzuconych w kąt. Cóż i takie klapy muszą mieć swojej „zaszczytne” miejsce.
Są synami zła i córami ciemności. Narodziły się wraz z powstaniem piekła. Teraz całe miasto padło ofiarą wampirów i ich nieziemskiego pragnienia krwi. Młoda dziewczyna, nauczyciel, i nałogowy alkoholik tworzą niecodzienne trio łowców wampirów. Muszą stawić czoła niebezpieczeństwu bardziej nieopisanemu niż sama śmierć.
W 1992 roku, film został nominowany do nagrody Saturn w kategorii „najlepszy horror”. Konkurował wtedy z takimi filmami jak „Noc Żywych Trupów”, „Misery”, „Laleczką Chucky 3″, a w tej kategorii wygrał film „Milczenie Owiec” z Anthony Hopkinsem.
Kupując ten film na kasecie VHS za 2 złote, nie zwróciłem nawet uwagi na opis. Okazało się, że to kolejna opowieść o wampirach, za którymi nie przepadam. Zawsze wydawało mi się, że są one wszechmocne, inteligentne, przebiegłe, że potrafią latać, znikać i tym podobne rzeczy, więc obejrzenie kolejnej nudnej części niczego nie wniesie w moje doświadczenia z tym gatunkiem filmu. A jednak.
Film „Dzieci Nocy” zmienił nieco moje spojrzenie na wampiry, bo pokazał je tak, jak jeszcze nigdy ich nie widziałem. Nie były zbytnio inteligentne, poruszały się wolno i bardziej przypominały „głupie” zombie niż wampiry. Nie jest to taki horror, który przestraszy nas do szpiku kości, a taki który czasami trochę rozśmiesza. Scena z babcią wampirem, której wypada szczęka, a w jej miejsce wyrastają wampirze zęby jest dość komiczna. Impreza wampirów pijących krew, palących papierosy i tańczących też raczej pochodzi z gatunku komedii niż horroru. Nie wiem czy to jest jakaś reguła i od razu napiszę, że ni jestem rasistą, ale za każdym razem gdy w filmie grozy pojawi się „czarny”, film staje się parodią i podobnie jest tym razem.
Mimo wielu śmiesznych scen, małej ilości strasznych momentów, muzyki nie wnoszącej dobrego klimatu, film wart jest uwagi. W dzisiejszych filmach grozy nie ma klimatu, który jest w starych produkcjach. Właśnie to sprawia, że mimo wielu niedoskonałości są one o niebo lepsze od najnowszych produkcji. Pewnie tak samo powiem za 20 lat, o filmach produkowanych dziś, ale zawsze tak jest, że docenia się to, co odeszło już na drugi plan.
Donald nas robi wszystkich w ch**a, 60% ceny paliwa to akcyza i podatki, zresztą w Pol$zy mamy nawet opodatkowany podatek :)
W skrócie - na ulice!!!...