Jak świat długi i szeroki, zawsze mówiło się na nim o tolerancji. Za młodu uczono mnie, że nie wolno potępiać ludzi za to, że mają inny kolor skóry, słuchają innej muzyki, chodzą do innego kościoła, czy mają całkowicie inne zamiłowania… Dzięki temu dziś staram się być tolerancyjnym w stosunku do innych na tyle, na ile pozwala mi wewnętrzny rozsądek. W obecnych czasach uważam jednak, że pojęcie tolerancji jest nadużywane do osiągnięcia „niebezpiecznych” celów. Tak na przykład w białostockim prywatnym przedszkolu czyta się dzieciom bajki, w których głównymi postaciami opowiadań są dzieci i ich rodzice – tatuś i tatuś oraz mama i mama. Przerażające jest dla mnie to, że dla nauczycieli, rodziców i władz miasta nie ma w tym nic dziwnego. Nie jestem przedstawicielem „młodzieży wszechpolskiej” ani innej organizacji przeciwko pedałom i lesbijkom. Toleruję tych ludzi jak wszystkich innych, jednak posiadanie przez nich dzieci w wyniku adopcji, czy innej wypaczonej metody uważam za pomysł postrzelony tym bardziej, że uczy się dziś dzieci, aby w przyszłości tolerowały ten dziwny model rodziny…
Idąc z duchem czasu i słuchając własnego „ja”, uważam dziś sztuczną metodę in vitro za – wręcz niezbędną. Miliony polskich rodzin nie mogą mieć dzieci z przeróżnych powodów, więc uważam tą formę pomocy za całkowicie normalną. Jednak jestem wstanie zrozumieć również obawy tej metodzie „pozyskiwania” dzieci. Przecież każdy mógłby na tyle naginać prawo, aby lesbijki mogły zachodzić w ciążę tą metodą i wychowywać swoje dziecko tak, jak uczą w białostockim przedszkolu….
Uczenie młodych ludzi, że homoseksualizm jest normalny i posiadanie przez nie dzieci jest całkowicie naturalne, uważam za naprawdę niebezpieczne i głupie. Dzieci powinny uczyć się o tym, że rodzina powinna składać się z mamy – kobiety, i taty – mężczyzny, aby w przyszłości same mogły tworzyć taki model przykładnej rodziny. Nie mam nic przeciwko, że dorastające dzieci, gdy dowiedzą się o parach tworzonych przez osoby jednej płci uznają to za obrzydliwe i nienormalne. W końcu lepsze to, niż miałyby brzydzić się naturalnym modelem rodziny. Skoro już tak daleko zabrnięto w nauczaniu tolerancji w przedszkolu, to boję się, że przez przypadek pana Polańskiego, nauczanie pedofilii też stanie się naturalne.
Uciekajmy więc od takiej metody wpajania na siłę tego, czego nauczyliśmy się w życiu dorosłym. Nie zacierajmy dzieciom granicy między tym co normalne, a co nie, między tym co dobre, a co złe. Pokazujmy im, że kolor biały jest inny niż czarny, a nie, że czarny jest taki sam jak biały – chyba, że mowa o kolorze skóry…
Chcę wszystkim uczącym się dzieciakom i młodzieży, złożyć najszczersze kondolencje i wyrazy współczucia zaczynającym się rokiem szkolnym. Za żadne skarby nie chciałbym wrócić do lat szkolnych, wstawać rano z zepsutym humorem, przeciskać się na szkolnych korytarzach i znosić presję złośliwych nauczycieli, którzy z przyjemnością pytali tych, którzy nic nie umieją. W dodatku czekanie na spóźniające się i przepełnione autobusy też nie należy do przyjemności.
Przed Wami ciężkie czasy, bo do wakacji jest bardzo daleko. Trzymajcie się mocno i nie dajcie się usadzić nauczycielom, którzy czerpią z tego satysfakcję. Oby do czerwca!
Każdy z nas ma obowiązek chodzić do szkoły. Po każdej zmianie rządu wprowadzane są kuriozalne zmiany, które zamiast pomagać młodym ludziom, zdecydowanie im szkodzą. Teraz często debatuje się nad tym, ile powinny mieć lat nasze pociechy zaczynając pierwszy etap szkolny, czyli szkołę podstawową. W tej chwili obowiązek rozpoczęcia szkoły to 7 lat. Debatuje się jednak nad odebraniem dzieciństwa najmłodszym, kosztem kształcenia się i „budowania” przyszłych cyborgów. Rząd chce, żeby dzieciaki rozpoczynały kształcenie od szóstego roku życia, licząc na to że przyszli obywatele będą mądrzejsi, a co za tym idzie, nakręcać oni będę naszą gospodarkę. Osobiście uważam, że warto by było zrobić cokolwiek, żeby dzieciaki nie musiały nosić ciężkich plecaków. Pamiętam jak maszerując do szkoły około jednego kilometra męczyłem się z ciężkimi książkami, butami na zmianę i strojem na WF.
Po sześcioletniej nauce w szkole podstawowej, w której uczyliśmy się podstaw nauczania tzn, budowy żab, dżdżownic, czy bardzo ważnych i przydatnych do życia sinusów i cosinusów, czas na zdawanie egzaminów i segregację dzieciaków na tych lepszych i gorszych. Ktoś wpadł na pomysł, aby stworzyć nowy etap nauki – gimnazjum. Wszystko by było okej, ale tryb nauczania nic się nie zmienia, a dzieciaki zamiast nadal przebywać w swoim przyzwyczajonym towarzystwie, zaczynają nowe znajomości i pokazywanie, kto tu teraz będzie rządził. Cwaniactwo, chamstwo, pijaństwo i narkomania szerzą się wśród młodzieży, ale to chyba też kwestia wieku. Po zakończeniu gimnazjum, znów natrafiamy na egzamin. Tym razem ma nas to pokierować do szkoły o jak najlepszym rankingu.
Jeśli już jesteśmy po dwóch etapach szkolnych, czas na kolejny – trzeci. Zawodówka, technikum, liceum. Wybierając szkołę w wieku szesnastu lat o profilu jakiegoś zawodu, często robimy to dlatego, że zostało tam jakieś wolne miejsce, albo wybieramy pierwsze lepsze. Wcześniej nikt nie powiedział i nie pokazał nam, jak pracuje się w danym zawodzie i jakie są jego perspektywy. W wieku, gdy w głowie szaleją hormony i gdy nie jesteśmy zbytnio zainteresowani co dalej, nie mamy żadnej podpowiedzi od tych, którzy nas do tej pory uczyli.
Wybierając technikum lub liceum, przygotowujemy się pod kątem egzaminu maturalnego. Kilka lat wbijania do głowy pierdół, które pod wpływem alkoholu czy narkotyków wypisywał Mickiewicz. Bzdury, po których przeczytaniu każdy z nas mógłby interpretować inaczej, ale nie można, bo nauczyciel ma swoje – zawsze dobre i niepodważalne zdanie. Trzy, cztery, a czasami nawet pięć lat nauki, by w finalnym etapie przejść do bardzo stresującego egzaminu – matury. Idziemy przygotowani i zestresowani. Niektórzy nawet poddają się, nie podchodząc do samego egzaminu. Ci, którzy zdali na słabych wynikach, bo tak naprawdę nie interesują się przedmiotami humanistycznymi, a Mickiewicz to dla nich alfons, muszą pożegnać się ze swoim wymarzonym zawodem. Ci, którzy do egzaminu nie podeszli lub go nie zdali, również nie mają szans na naukę w zawodzie, który mógłby być ich pasją. W końcu nieznajomość twórczości Mickiewicza, może stać się naszą bariera dla kariery.
Rozumiem to, że trzeba się kształcić, ale nie rozumiem dlaczego takich zbędnych rzeczy. Przykładem niech będzie zdarzenie, które miało miejsce w Polsce. Dwie młode dziewczyny, po tym jak udało im się dostać na studia o które zabiegały, postanowiły iść do pracy na „kasę” w supermarkecie. Gdy market się zapalił i było w nim pełno dymu, pobiegły na wyższe piętra i zamknęły się w środku budynku. Obie zaczadziły się. Przez ten przykład chciałem powiedzieć Wam, że dwie mądre dziewczyny, zamiast uczyć się w szkole choćby tego, jak zachować się w takiej sytuacji, musiały wkuwać największe polskie dzieła literackie, a teraz gryzą ziemię.
Wiem, uczepiłem się naszych poetów jak rzep psiego ogona. Dla wielu, to co tu napisałem to istne bzdury. Może i tak, ale nie chciałbym, żeby moje dzieci, które może w przyszłości będę miał, uczyły się w szkole tak bardzo nieistotnych rzeczy. Nie chcę również, żeby musiały szukać w internecie swojego przyszłego zawodu, ani żeby pisały CV lub list motywacyjny z jakiegoś wzoru. Chciałbym, żeby wiedziały jak zachować się jako pieszy czy w przyszłości kierowca. Chciałbym, żeby nie przynosiły ze szkoły złych nawyków, a kultury osobistej uczyły się nie tylko w domu. Nie mam dobrego rozwiązania na wszystkie te problemy. Często to rodzice mając jedno dziecko, nie potrafią go wychować, więc jak ma to zrobić kilku pedagogów? Nie mam bladego pojęcia!
Teraz już jako osoba dorosła, życzyłbym wszystkim dzieciakom i młodzieży, żeby po ośmiu godzinach w szkole, nie musiały uczyć się kolejnych czterech w domu. Aby chodzenie do szkoły było przyjemne i bezstresowe. Abyście uczyli się rzeczy istotnych i naprawdę ważnych. Nie wiem czy to jest do końca możliwe, ale jeśli kiedyś będę Ministrem Edukacji, macie to u mnie jak w banku!